TEN TYP MATKI

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone
To prawda że choć każda matka, tak jak i każde dziecko, z założenia jest inna, to jednocześnie da się znaleźć w matkach cechy wspólne. I nie mówię tu o jakiś wielkich sprawach nadrzędnych, łączących wszystkie bez względu na rasę czy kulturę, jak stawianie dobra dziecka ponad wszystko. Mówię raczej o rzeczach przyziemnych, jak wspólne podejście do życia, dziecka i wychowania. Wspólny światopogląd czym to dobro jest. Istnieje pokusa by je w pewien sposób usystematyzować. Podzielić na rodzaje, kategorie i typy. Pogrupować i nazwać. Zaszufladkować?

Przyznać muszę jednocześnie, że pewne nurty w wychowaniu łączą się ze sobą bardziej niż inne. Częściowo już z założenia, a częściowo dlatego, że mając w sobie pewne cechy charakteru i obracając się w konkretnym środowisku, łapie się pewne idee szybciej niż inne. Zaraża się nimi wzajemnie.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Od chust. Że chcę nosić wiedziałam już w ciąży, nie znałam producentów ani domieszek, nie dorabiałam do tego żadnej specjalnej ideologii. Chciałam po prostu bliskości. Ot co. Chusta była więc jednym z moich pierwszych zakupów wyprawkowych. Po porodzie, kiedy okazało się że poród naturalny, o którym marzyłam mi nie wyszedł i kiedy stało się jasne, że karmienie piersią też idzie słabo, chciałam tej chustobliskości więcej i więcej. Wszyscy wokół patrzyli na mnie jak na kosmitę, szukałam więc usilnie kontaktu z innymi kosmitami. Tak trafiłam na spotkania Mam chustowych.

Tam pierwszy raz usłyszałam o pieluchach wielorazowych. Byłam nieco sceptyczna, ale chłonęłam informację. Nikt mnie nie straszył rakotwórczymi pampersami, ani globalnym ociepleniem po wycince lasów deszczowych, w celu produkcji tychże pieluch właśnie. Nikt mnie do niczego nie namawiał. Ot luźne rozmowy z kupą w tle, jak to matki potrafią najlepiej. Myśl zakiełkowała w mojej głowie. Do decyzji o przejściu na wielo dojrzewałam bardzo długo. Ponad pół roku. Nie bałam się prania ani przecieków. Bałam się że wpadnę jak śliwka w kompot. Jak w chusty. No i wpadłam.

Szukając informacji o rozszerzaniu diety, dołączyłam do grupy BLW. Niezastąpiony fejs podpowiedział mi ją jako idealną dla mnie, na podstawie ilości członków których znam. To właśnie te wszystkie chusto- i pieluchomamy, nie inaczej. Szybko złapałam bakcyla, bo idea słoików i przecieranek nigdy nie była mi specjalnie bliska. Kiedy przeczytałam książkę dotyczącą tej metody, zaczęłam wdrażać BLW na Juniorze. Junior pokochał, pokochałam i ja. Za BLW nierozerwalnie idzie zwiększenie świadomości w kwestii żywienia. Nie uważam żebym schizowała specjalnie na punkcie bio i eko-sreko, ale gdy mam wybór, wybieram to co, przynajmniej pozornie wydaje się zdrowsze.  Wywaliłam więc z szafek wszystko co instant, wszystko co wysoko przetworzone  i wszystko co miało skład dłuższy niż inwokacja Pana Tadeusza i  zrobiłam miejsce na olej kokosowy, amarantusa i kaszę jaglaną.

O Rodzicielstwie Bliskości (RB) usłyszałam jeszcze w ciąży. Idee RB wydały mi się ułudą i marą. Czułam je zdecydowanie bardziej niż behawioryzm Super Niani, ale wydawały mi się niemożliwe do realizacji w życiu. Zresztą planowałam zdać się jedynie na swój instynkt macierzyński. Kiedy Junior przestał być już niemowlakiem i coraz bardziej stawał się po prostu Małym Chłopcem, zaczęły pojawiać się sytuacje w których mój instynkt rozkładał ręce, mówiąc nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, radź sobie sama. Przy  którejś z chustokaw z moimi cudnymi dziewczynami, wypłynął ponownie temat RB i NVC (Porozumienie bez przemocy). Dzięki Bogu! Doczytałam. Przemyślałam. Okazało się że Tata Juniora jest bardzo RB zupełnie o tym nie wiedząc. Przy drobnej pomocy Searsów, radzę sobie sama!

A teraz? A teraz stojąc u progu powrotu do pracy szukam informacji o żłobkach i klubach malucha Montessori. Tak na wszelki wypadek, gdyby Junior dał popalić i Babcia nie wytrzymała jego tempa… więc dzwonię, piszę zapytania do różnych miejsc i dociekam. Dociekam tego, co jest dla mnie ważne. Co dzieci jedzą, jak jedzą, jak się bawią, czy są karane, czy panie wysadzają na nocnik, czy zmieniałyby wielopieluchy i w ogóle jakie panują zasady.. i co usłyszałam po drugiej stronie?

Aaa czyli Pani, to TEN typ matki. 

I choć czuję się dobrze ze sobą i moimi rodzicielskimi wyborami, jest mi smutno… Zostałam zaszufladkowana.

DSC_0881[1]

DSC_0883[1]

DSC_0884[1]

DSC_0885[1]

DSC_0875[1]

podpis_noWY

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

  1. Autor: Kinga

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Obraz CAPTCHY

(wymagany)