WRÓCIŁAM

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

Wróciłam.

Chciałabym móc napisać że, wróciłam na bloga i to koniec ciszy w eterze, ale to niestety nie to. Wróciłam do pracy. Ot co. I powrót do pracy, to tej ciszy właśnie główny powód.

Bardzo się bałam tego powrotu. Na myśl o całym dniu poza domem, bez Juniora, a właściwie jego beze mnie, chciało mi się wyć. Na samo wspomnienie pracy zmianowej: w świątek piątek i niedziela, do 22:30, dosłownie dostawałam torsji. Nie chciałam wracać, ale delikatnie ujmując, nie doszłam w tej kwestii z Tatą Juniora do małżeńskiego konsensusu, mimo rozlicznych debat, no i stanęło na jego. Poszłam.

Pracuję już prawie dwa miesiące. Mam to szczęście, na obecnym mało prorodzinnym, polskim rynku pracy, że miałam dokąd wracać. Mimo wszystko, początek był bardzo trudny. Najtrudniejszy w mojej głowie. Czułam, że mój powrót nie jest wszystkim na rękę – oto druga strona medalu umów na zastępstwo i stanowisk p.o. Teraz czuję się już jak bym pracowała od zawsze. Wdrożyłam się szybko i wydaje mi się że mam jeszcze więcej energii i serca do pracy, niż miałam przed ciążą. To jakaś dziwna zależność, bo im bardziej życie domowe daje mi w kość, im trudniej czasem okiełznać humorki Juniora, im mniej śpię w nocy, tym bardziej chce mi się iść do pracy. Przez zupełną zmianę otoczenia i całkowitą zmianę roli życiowej, jaką tam pełnię – odpoczywam psychicznie od domu. I na odwrót, w domu odpoczywam od pracy. Wracam do domu stęskniona bardziej niż kiedykolwiek, marząc o spacerkach, książeczkach i zabawach w ciuch-ciuch. Chcę mi się doglądać domowego ogniska. Całkowicie zapominam o pracy, zupełnie jak bym miała przełącznik w głowie. Wcześniej bardzo przenosiłam do domu nastroje i stres zawodowy. Powrót do pracy, sprawił że teraz wszystko zostaje na swoim miejscu.

W ogarnianiu logistyki, pomaga nam kalendarz googlowy, do którego naniesiony jest cały grafik rodzinny włączający Babcię, czyli Juniorowy domowy żłobek, gdzie każdy dzień mamy zaplanowany co do godziny i bez którego nie wiedziałabym chyba nawet w jakim mieście, a czasem i kraju, jest w danej chwili mój mąż. Mamy tam naniesione moje zmiany, wyjazdy Taty Juniora, plany i spotkania Babci (tak proszę Państwa, Babcię emerytkę cięzko zastać w domu, jak się nie zaawizujesz wcześniej).  Mamy oddzielne kolory, oznaczające kto się dzieckiem tego dnia zajmuje, gdzie się nim zajmuje, czy u nas czy u Babci, a nawet kto odwozi i kto go danego dnia przywozi. Wszystko. Nie jest źle.

Ogarniamy i muszę powiedzieć, że jest coraz lepiej, choć musiałam na nowo określić własne priorytety. Junior jest na pierwszym miejscu – to jasne, moja praca też wskoczyła do czołówki, podium zamyka moje Doradztwo Chustowe, czyli konsultacje i warsztaty, które prowadzę. Kocham to, wierzę w to i nie mogłam pozwolić, żeby się skończyło, zanim na dobre się nie zaczęło. Coś musiałam odpuścić, przynajmniej czasowo i niestety jest to właśnie blog. Poza tym, od czasów studenckich nie miałam tak pustej lodówki i tak pełnego kosza na brudy, ale dzięki funkcji suszenia w pralce i dowozom do domu z Tesco, jakoś się kręci.

Początkowo wydawało mi się że Junior bardzo dobrze zniósł mój powrót do pracy i swoją zmianę trybu życia, jaka się z tym wiązała. Miałam wrażenie, że on kwitnie, a ja usycham. Lubi spędzać czas z Babcią, zawsze gdy go podwożę, krzyczy radośnie BABA, jak tylko Babę zobaczy przez szybę, a jak już Baba go przejmie, czasem nawet nie pomacha i idzie z nią chętnie do domu bez oglądania się na mnie. Gdzieś w głębi jednak przeżywa to na swój sposób. Od dwóch miesięcy nie przespał nawet godziny w swoim łóżku, które teraz robi za przechowalnię prania zdjętego z suszarki (bardzo pojemne, polecam!). Potrafi się też wybudzać w nocy i w półśnie popłakiwać o wołać MAMAAA, TATAAA, a gdy się odezwiemy, że jesteśmy, po prostu idzie spać dalej jakby nigdy nic. Do tego gorzej je, dużo gorzej i niestety, mimo że nie chodzi do żłobka, zaczął ciągle chorować. Wiem o tym, że to ja mu znoszę ciągle jakieś świństwa z tego nieszczęsnego centrum handlowego, w którym pracuję.  Nasza rodzinna chorobowa sztafeta trwa już dwa miesiące, w tym czasie, przynajmniej jedna osoba na raz jest chora, w tym również Babcia, bo przecież jak wszyscy to wszyscy i Babcia też. Junior z kolei, zaliczył już zapalenie oskrzeli z antybiotykiem i wizytą na SORze, ostrą reakcję alergiczną na tenże antybiotyk właśnie, zapalenie gardła z temperaturą ponad 39 stopni, które potem sprzedał mi w postaci anginy, obustronne ropne zapaleni uszu i tyle katarów i pomniejszych katarków, że przestałam już liczyć.

A Wy jak? Wracacie, nie wracacie, a może powrót do pracy już za Wami?  Jak jest? Macie sprawdzone sposoby, jak jeszcze usprawnić rodzinną logistykę?

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someone

Komentarze

  1. Autor: Natalia

    Odpowiedz

    • Autor: Gosia DeeR

      Odpowiedz

  2. Autor: Magda

    Odpowiedz

    • Autor: Gosia DeeR

      Odpowiedz

  3. Autor: Kinga M.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Obraz CAPTCHY

(wymagany)